Krótka historia, jak to erde wracał z mazur do warszawy.

Zaczęło się w piątek wieczorem. Po 20tej wylocik z wawki na 2 samochody, kumpel jeszcze na letnich, ja Focusem już na zimówach. Na statoilu postój na parówkę i fajeczka, pierwszy śnieg ale jedzie się przyjemnie, nie ma tragedii. Jak co piątek pielgrzymka na 7mce, w Płońsku oznakowanie drogi żadne, jedziemy jak zwykle po objazdach - robią tam wiadukty i obwodnicę - i lądujemy w centrum Płońska. 10 minut i wydobywamy się znowu na 7mkę. Prędkość 70-90 optimum, miejscami 120 daje radę ale zaraz znowu wiocha...byle dojechać do Nidzicy, tam już pusto i można lecieć. Przed Nidzicą jeszcze małe hamowanko i awaryjne wpuszczanie busika. Już Nidzica. Krótki postój na orlenie w celu umycia szyb i przede wszystkim reflektorów. I coraz zimniej, woda na szybach zamarza...dobrze, że chociaż obie szyby grzane. Jeszcze fajeczek i dalej w drogę przez Jedwabno do Szczytna. Wypadamy za Nidzicę, i zaczyna się zabawa. Słyszę w cb głos kumpla - "jajko". Kangoo na 5tce i letnich mieli kołami w miejscu. U mnie nieco lepiej, ale przy 45km/h zero przyczepności. Szklaneczka przepiękna. Przed Jedwabnem ostatni postój. Piękne niebo, gwiazdy, jakieś siku, i w drogę. W Jedwabnie rozstajemy się z kolegą, skręca do siebie do lasu w jeszcze ciekawsze drogi. Ma się odezwać jak dojedzie. O ile złapie zasięg. My z moją Olą i psem na tylnej kanapie napieramy do Szczytna. Droga znana na pamięć, tyle że śliska i nieprzewidywalna. 40km/h i zaraz witamy Szczytno. Tutaj prawie nie ma śniegu, już północ. Wyjeżdżamy w stronę Biskupca, i znowu jajo i człap człap. TDCI spokojnie i równo pracuje na 1200 obrotach. Mijamy Linowo, zaraz doskonale znane 2 zakręty 90stopni, a przedtem górka. Zwalniam jak się da, wyjeżdżam z pierwszego zakrętu, a na drugim już widzę to, co czułem o wiele wcześniej. Żółte koguty, jacyś ludzie w żółtych kamizelkach, jakieś zamieszanie. Przy drodze stoi największa z jeżdżących cysterna z mlekiem. Myślę sobie hm...kiepska pora na robienie masła...Mijam ją, a w rowie leży na boku taka sama cysterna...przepompowują mleczko. Część zapewne zamarzła i zające miały uciechę. Okazało się, że cysterna wykonała wyjście z progu i niezbyt udane lądowanie telemarkiem. Jeszcze paręnaście kilometrów i jesteśmy u celu. Wioska za Biskupcem, dom rodziców Oli, nad jeziorem, bajka.

Weekend mija przyjemnie, zanabywamy dla Oli Yarisa, ładny kolor, generalnie bardzo przyzwoicie. Na szczęście na zimówkach. I znowu wycieczka do i ze Szczytna, widzimy za dnia miejsce po lądowaniu cysterny.

Dzisiaj godzina 16, czas wsiadać w fokę i ruszać do domu. Trochę odśnieżania i można jechać. Antena na dachu, reflektory umyte i jazda. Wyjeżdżam z Biskupca na Szczytno. Trasa normalnie do pokonania w 30 minut z przerwą na medytację. Nagle samochodem zaczyna rzucać po całej drodze, nic nie widać, nic nie słychać. Wszędzie dookoła śnieg, ciemno i głucho. Zaczęła się burza śnieżna, Widoczność na 5m, droga w białości zlewa się z poboczem. Ślisko nieprzeciętnie. Dobrze, że chociaż mam zimówki. i już Dźwierzuty, puszczam karetkę, gdzieś tam jakiś wypadek. W duszy słowa uznania dla kierowcy na sygnale. Ja bym się bał tak jak on. i to z taką prędkością. Krzyczę do mikrofonu, żeby mobile uważali na karetkę. 5km do Szczytna i doganiam peleton. Teraz już 35km/h w pielgrzymce. Nareszcie Szczytno! Kontroluję czas - 17:30...półtorej godziny od wyjazdu...zapowiada się pięknie. Dobijam do ronda, 5km/h na luzie i jadę bokiem, nawet nie musiałem się starać. Prostuję i wjeżdżam pod dystrybutor na Statoilu. Tankuję, płacę, ruszam...i ruszam...i ruszam...ok jakoś wyjechałem. Za 15 metrów wyjazd z parkingu na drogę. Praktycznie stoję, ale jednak sunę...nie mogę się zatrzymać, ABS pompuje a ja jak na łyżwach z minimalnej górki pakuję się prawie pod koła innego auta, które z równie zawrotną prędkością toczy się po lodzie. Ok, udało się. Na radiu krzyczą, że droga do Nidzicy tragiczna...uhum, no trudno. Okazuje się, że nie jest aż tak źle. 40km/h można jechać. W Jedwabnie przechwytuję kumpla i stąd już na 2 autka do Warszawy. Jest weselej, bo jest z kim pogadać na cb. Reszta ludzi chyba śpi? Dojeżdżamy do Nidzicy. Kumpel jedzie pierwszy. Już wymienił na zimówki. Przed samą Nidzicą zakręt 70stopni w lewo. Kumpel atakuje i daje znać, że jajo potężne. Dobijam i ja, 5km/h i prawie potrójny tulup. Na szczęście ćwiczenia na placach wyrobiły pewne nawyki. Jedziemy dalej. Wylot na 7mkę, no i już sucho. Te 85km/h można pojechać. Ale im bliżej Mławy, tym robi się niebezpieczniej. Na radiu słyszymy, że od Strzegowa nie da się jechać. Myślimy - akurat, w lesie było gorzej. Docieramy do Strzegowa i zaczyna się prawdziwa zabawa. Takiego lodu i śniegu na krajowej 7mce nie widziałem nigdy, a nie raz zimą jeździłem. Totalny brak przyczepności, odstępy między samochodami 100 metrów, gdzieś tam 2 auta w rowie. Co jakiś czas znajduje się idiota, trzyma się buc na zderzaku, w końcu wyprzedza pod górę na podwójnej ciągłej 3, 4 samochody...ok, niech już pojedzie i żeby tylko dojechać. Od Glinojecka już praktycznie się toczymy. Na łuku odbijamy na siku i na fajka w boczną drogę. W lusterku widzę, jak napiera na mnie bus. Ledwo ominął, a ja ledwo uciekłem. Zatrzymuję się, wysiadam i prawie, że leżę na ulicy. Ktoś chyba się pomylił, i zrobił lodowisko dla dzieciaków nie tam, gdzie trzeba. Ruszamy, zaraz postój na BP żeby umyć światła, zerwać lód z wycieraczek i wypić Tigera. Kontrola czasu - jest źle. prawie 21sza. Powoli, 30km/h docieramy do Płońska. Na nowych wiaduktach koszmar, ledwo można podjechać, jajo potężne. Pocieszamy się - inni mówia, że na dwupasmówce już lepiej. W końcu mamy 2 pasy i jest średnio. Udaje nam się z biedą 90km/h, co chwila ktoś mówi o poślizgach, w eterze wrzawa. W Łomiankach przed samą Warszawą udaje mi się pierwszy raz przekroczyć 90km/h, trzeba trochę przepalić turbinkę. Jeszcze tylko kilka chwil, przebić się przez miasto i zawijam pod dom. Czas - ponad 6 godzin. Zwykle - 3,5 godziny z kilkoma postojami i podziwianiem widoków. Ale co to? Patrzę na wskaźnik paliwa, i coś mi się nie zgadza. Liczę, liczę i liczę, palców mi nie starcza. W końcu wychodzi - 4,5 litra na 100km...takiego spalania jeszcze nie miałem. Ale czemu się dziwić. Przy prędkości adekwatnej, adekwatne i spalanie.

Jeżeli komuś nie chce się czytać całości, to napiszę, że wróciłem szczęśliwie i cało do domu. Była to moja najdłuższa podróż z Biskupca do Warszawy. Pobiłem tym samym swoisty rekord. Szkoda, że służby drogowe tak skąpo zajęły się poprawianiem stanu dróg. Po drodze spotkałem 3 solniczki. Jedna stała zepsuta, a dwie jechały z przeciwnej strony.

To tyle. idę spać i życzę wszystkim szerokości. bajo

a tak to wyglądało z mojego miejsca:
http://www.youtube.com/watch?v=OWT3QmeYzWU